Dom Kultury

635800954337440320160159898_alone_life

Moja znajoma wróciła do Polski. Kilkanaście lat tułaczki po świecie i sentymentalny powrót. Maryla latami „robiła” w szeroko rozumianej kulturze. Od wielu lat  zdobywała doświadczenie jako kurator wystaw, festiwali w wielu krajach ale zmęczyło ją życie na walizkach i postanowiła osiąść w miejscu z którego pochodzi.

Jej rodzinne kilkunastotysięczne  miasteczko żyło z pobliskiej kopalni węgla. Jedyną atrakcją mieszkańców w weekendy był spacer w rozległym parku obok kościoła z dzwonnicą i letnie kino ,które działało pod gołym niebem ale tylko przy pięknej pogodzie. W tygodniu nie działo się nic. Ludzie pili piwo i bawili się w weekendy  na grillu u znajomych ,godzinami plotkowali o innych a ich dzieci szukały na siłę atrakcji na zdezelowanym placu zabaw.

Pełna entuzjazmu i nabytych doświadczeń poszła więc do Ratusza z propozycją ,że chciałaby zbudować Dom Kultury. Taki prawdziwy. Z kinem, salą teatralną, miejscami do prób zespołów muzycznych i grup teatralnych a nawet szkołą tańca czy pracowniami plastycznymi.  Była pewna ,że kiedy obiekt powstanie to wspomogą go jej znajomi artyści . Była pewna ,że wielu pro bono odwiedzi miasteczko uatrakcyjniając jego życie kulturalne. Kultura przez duże K. W końcu nawet na plakatach drukowanych na nieliczne festyny miejskie  radni miejscy dumnie wklejali hasła ,że miasto wspiera ludzi  młodych aktywnych i chce być miasteczkiem kultury więc uznała że pomysł jest jak najbardziej celowy..

Pomysł budowy domu kultury bardzo się wszystkim spodobał.

Ratusz postanowi ,że może się dorzucić do kosztów jego budowy. Najpierw miała być połowa kosztów ale finalnie stanęło  na poziomie 40 % bo znajoma miała mieć zyski z działalności DK . Na dodatek wpływy od sponsorów miały zasilać w całości działalność  i rozwój placówki. Umowę zawarto pod warunkiem ,że znajoma podpisze się pod paragrafem, który zobowiązuje ją do zakończenia w ciągu 4 lat całej budowy i realizacji działań według zawartych obietnic. Nikt i nic w kontrakcie nie obiecywało jej zarobku za jej 4 letnią pracę.

Postanowiła zaryzykować. Pozostałe 60% powinni pokryć sponsorzy i ludzie którzy kupią bilety-pomyślała.

Całość powinna zacząć kiedyś zarabiać bo dom kultury był jedyną szansą na animacje życia po pracy dla tysięcy ludzi w mieście.

Dziarsko ruszyła do dzieła. Plany, projekty, i stan zerowy czyli fundamenty wykonała za pieniądze z dopiero co sprzedanego mieszkania . Mieszkania w dużym mieście ,które uznała za niepotrzebne skoro wróciła w rodzinne strony.

Na cement i cegły znalazła sponsora. Zaczęła budowę czekając na rychłą miejską zaliczkę.

No tak. Zaczęły się problemy. Gmina poprosiła o udokumentowanie kosztów, zrobienie fotografii zbudowanych murów a na koniec zażądała oświadczenia wykonawcy który te mury stawiał aby napisał ,że te mury stoją. Nie wystarczyła faktura i fotografie wykonanej pracy. Brakło oświadczenia. Ot taka formalność. Murarz był z rodziną na wakacjach w Kołobrzegu więc miesiąc czekano na jego pismo. Chłopisko na dodatek nie był mistrzem z polskiego i napisanie nawet tych paru zdań zajęło mu kolejny tydzień. Wreszcie złożyła segregator pełen dokumentów z tego co robiła.Zaliczka wpłynęła więc z dużym opóźnieniem. W tym czasie przerwano budowę bo skończyła się kasa u mojej znajomej a zdenerwowani wykonawcy zrobili strajk.  Na szczęście kasa cokolwiek spóźniona  to chwilowo uratowała sytuację.

Po wakacjach prace ruszyły i po roku było niemal gotowe kino. Reszta czekała na lepsze czasy bo sponsorzy których firmy lokalizowały się w niedalekim wojewódzkim mieście nie garnęli się do inwestowania w małym miasteczku. Zaważyły też lokalne animozje zwaśnionych miast. Miesiące stresów, próśb i….ruszyło kino. Bilety sprzedawały się słabo bo ludzie przywykli do darmowych seansów pod gołym niebem nie do końca rozumieli ze za system dolby surround i wygodne fotele trzeba zapłacić. Mamy kupować bilety? Przecież Ratusz finansował to kino :mówili.

Natomiast całkiem nieźle sprzedawały się przybywające dzięki kontaktom znajomej  grupy kabaretowe i koncerty muzyczne. Grali za połowę stawek bo po znajomości a niektórzy nawet wystąpili za darmo.  Ale za darmo czy połowę to nie za darmo. Ale jak wytłumaczyć Kowalskiemu ze scena, światło dźwięk  hotele ekipy i dojazd to nawet przy zespole grającym za free wydatek powyżej 25 tyś? Ktoś więc puścił w miasto ,że Maryla bierze kasę do kieszeni za organizację koncertów na których grają jej znajomi. Inni dodali do tego wersję ,że Maryla to alkoholiczka  a że lubi dobrą whisky to i kasa do przepicia duża.

Znajoma nie poddawała się , wzięła kredyt jeden potem drugi potem pożyczkę od rodziców bo wiedziała ze jak ruszy reszta obiektu to i sponsorzy chętniej się pojawią . W końcu ich dzieci zaczną tu chodzić na lekcje tańca czy akordeonu to i serce będzie mniej twarde. Nie liczyła na wielkie sumy ale zawsze to kilka procent do budżetu. Prosiła przełamując wstyd. Napisała do wszystkich firm w mieście list z prośbą o wsparcie. Szczególnie licząc na tych którzy klepali ją po plecach i dumnie się fotografowali w jej towarzystwie kiedy przecinała wstęgę na otwarciu kina kiedy przyjechała prasa z wojewódzkich dzienników.

Rozczarowanie. Nikt nie odpisał.

Nawet jeden  po cichu zadzwonił i powiedział wprost ,że niech nie będzie taka cwana. Żyje z gminnych pieniędzy, pewnie po cichu lata na wakacje do Grecji lub Hiszpanii a tu takie żebry. Wstyd! Na koniec dodał że mogłaby sobie gotować w domu a nie łazić po drogich knajpach i wydawać publiczne pieniądze. Wtedy przypomniała sobie ,ze „znajomy” zza telefonu widział ją ze sponsorami . Omawiali szczegóły umowy na kolacji. Miała wtedy niemal podpisaną umowę na duży zastrzyk gotówki ale w ostatniej chwili ludzie się wycofali. Ale rachunek z kolacji został. Plotka też.

Znajoma zaangażowała rodzinę i przyjaciół aby dokończyć budowę. Obiecała więc buduje. Babsko uparte.. Szukała wyrozumiałych wykonawców ,którzy godzili się czekać poł roku na kasę, negocjowała ceny cementu,  jeździła do fabryki okien aby sprzedali jej okna po kosztach wytworzenia. Wspierała ją grupka entuzjastów którzy ponad mamonę przedkładali wizję Maryli. Kiedy ruszyła pracownia fotograficzna  a jedna z dziewczynek zdobyła po miesiącu jakieś wyróżnienie na europejskim konkursie Kodaka-pojawiła się prasa. Napisano parę artykułów znowu klepano po plecach i nawet dwóch hurtowników budowlanych dało spory rabat  na swoje materiały. W tym czasie Ratusz miał przygotować drugą transzę zaliczki. Znowu raporty, dokumenty, dziesiątki  ton papierów. Pytania, wyimaginowane kary umowne. Znowu 3 miesiące opóźnienia. Mało tego. Niedoświadczona w tym znajoma w dobrej wierze zmieniła kilka uzgodnień projektowych. Zamiast foyer z widokiem na park zrobiła atrium z roślinami niczym w palmiarni sprowadzając unikalne rośliny z parku Loro Park na Teneryfie w którym pracował jej dobry przyjaciel. Zrobił to non profit. Ale odbiegało to od projektu i magistrat zgodnie z umową potrącił jej kary umowne za zmiany decyzji. Na nic tłumaczenia ze mini palmiarnia to zdecydowanie więcej niż widok na lipowy park przykościelny. Kwadratowy dyrektor sztywno trzymał się zapisu umowy nawet jeśli logika kazała inaczej. To nie był jedyny przypadek i całe to podejście urzędników doprowadziło ją do skrajnych napięć nerwowych. Po 4 latach walki i stresów zaczęły się choroby. Nadciśnienie, astma , nerwica , notoryczne stany zapalne i takie drobne przypadłości. Psychosomatyczne objawy normalne przy ekstremalnym życiu. Może gdyby w weekendy piła jak pomawiali niektórzy to objawy byłyby mniejsze. Ale w pracy się nie pije a ona była ciągle w pracy.

Problemy narastały, ale  Dom Kultury działał już niemal w całości. Wbrew ogólnej opinii niektórzy urzędnicy wykazali empatię i pomagali prywatnymi kontaktami by prace pośpieszyć. Brakowało wyposażenia, fragmentu dachu, mebli . Brakowało kasy na wszystko bo wiadomo ze prace wykończeniowe pochłaniają najwięcej. Ratusz z uwielbieniem co sezon znajdował jakieś powody do kar i opóźnień opłat. Kary umowne powodowały ,ze znajoma zaczęła robić tylko to co wymagała umowa. To co mogło być korzyścią ale musiało być kosztem a nie było w umowie skreślała z bólem serca. W ten sposób  na plenerowy letni festiwal w mieście nie dojechał zespół znany z MTV. Zabrakło na przeloty. Znajoma zastawiła na kolejny kredyt działkę po dziadkach wierząc ,że za chwile jakaś duża firma zechce być sponsorem tytularnym domu kultury który zdobywał już sławę nie tylko w województwie ale przyciągał nawet reporterów telewizji krajowej.

W końcu zaczęły się zmiany w mentalności mieszkańców. Ludzie modyfikowali swoje nawyki, życie miasta nie kręciło się już tylko wokół niedzielnych spacerów wokół kościoła.

Ale ciągłe problemy z dokończeniem budowy rodziły frustracje znajomej i jej wykonawców.

Ponadto zdobywanie brakujących 60% budżetu  nadal graniczyło z cudem. Jaki sponsor chciał się promować w miasteczku kilkutysięcznym pełnym górników nawet jeśli na koncerty przyjeżdżała telewizja i prasa krajowa?

Znajoma z żalem wspominała pracę na festiwalu sztuki  w Lizbonie gdzie nie martwiła się o nic i skupiała tylko na pracy . Tam szczęśliwie obiekty czekały na jej pomysły  bo  zbudowano przy okazji wystawy Expo w całości za pieniądze miejskie i unijne a z milionów przeznaczonych na ten projekt  pozostało nieco na promocję w kolejnych latach. Cudowne lata.

Lokalna prasa małego miasteczka potrafiła i to wypominać. Pytali: czemu do nas nie chce przyjechać wystawa Salvadore Dali czy Picasso?  Inne kraje mają wielkie nazwiska a u nas tylko polscy twórcy.Nie mieli pojęcia ,że transport i ubezpieczenie takiej wystawy pożarłoby cały miejski budżet roczny.

Tak więc jej marzenia obróciły się przeciwko niej. Ludzi nie zauważali że mają coś więcej niż jarmark pod kościołem czy dożynkowy festyn na koniec lata. Ciągle było mało. Jedni widzieli setki tysięcy wydawane przez gminę a inni trąbili niesłychane plotki o znajomej  i jej rzekomych inwestycjach choć ta nie miała już na koncie ani grosza . Powielano z pasją  opowieści o potknięciach finansowych Maryli rozpuszczane często przez byłych  znajomych którzy wprawdzie na budowie  Domu Kultury zarabiali wcześniej przez parę lat ale od paru miesięcy czekając na rozliczenie pracy wykończeniowych nie zostawiali na niej suchej nitki. Wszyscy mieli uzasadnione pretensje i swoje argumenty.Wszyscy mieli rację w uzasadnianiu swej pretensji. Nawet najbliżsi znajomi nie szczędzili jej gorzkich słów a niektórzy przestali odbierać telefony. Trudno komukolwiek się dziwić. Sytuacja nie była komfortowa.

Trudno winić tylko sytuację i oceniać kogokolwiek bo każdy chciał mieć po prostu spokój.

Staram się zrozumieć Marylę. Nie wiem po co wróciła do rodzinnego miasta. Miała tak dobrze w tej Portugalii czy Słowenii. Głupia ta moja znajoma jak nie wiem co. Tak myślę….

Jednego na pewno czego można zazdrościć to tych kilku osób wokół niej. Niesamowici ludzie z teamu Domu Kultury których trudno na co dzień spotkać w szarym życiu.

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s