50% i dziurawe męskie skarpety…..

Ostatnie tygodnie określiłbym mianem cyklicznego huraganu w mojej głowie. Nie pomogły święta i trzytygodniowy polski dłuuugi weekend.

Chaos myśli  siał spustoszenie nie tylko z powodu zmiany koncepcji daty i lokalizacji tegorocznego Fashion Week. Dołączyły lawiny pomysłów często o abstrakcyjnym wyrazie i niekoniecznie związanych z nadchodzącym zawodowym spiętrzeniem spraw ,emitowanych przez mózg w nocy i nad ranem ,które potem trzeba było weryfikować w świetle dziennym.

Chcąc część z nich zatrzymać na trwałe ,siadałem do  pisania , wielokrotnie tworząc kilka szkiców, ale bez satysfakcjonującego finału.

W tym potoku przemykały mi  pomysły tekstów odnoszących się zarówno do 5 tej rocznicy powstania biura organizacyjnego  Fashion Week (do czego z pewnością wrócę niebawem) czy nawet rocznicy wprowadzenia stanu wojennego i osobistych wspomnień tego dnia, jak wielu innych ,które być może ujrzą światło dzienne. Ale nagle zupełnie na przekór epickim  pomysłom dziś przyszła inna refleksja.

 

 Dostrzegłem bowiem, jak często pojawia się w naszym życiu procentowe, matematyczne określanie czegoś, co ma się stać . Mawiamy –jestem pewien na 50%, zrobię to na 60%, spotkamy się w środę na 90%, albo słyszymy w mediach, że drużyna piłkarzy nadal ma matematyczne szanse wyjścia z grupy, a skoczek Klemens Murańka ma jeszcze 50% szans na załapanie się do kadry na olimpiadę w Soczi. Jakoś nikt nie stosuje stwierdzenia „na pewno”. Najbardziej mnie irytuje, gdy dotyczy to spraw zawodowych ,gdy ktoś deklaruje wykonanie czegoś lub przystąpienie do pracy np. na 60%…Ilość tego typu deklaracji destabilizuje mi grunt i wprowadza niepokój. Jak kontrolować proces realizacji ,kiedy 50% działań może nie być wykonanych o czasie i na dodatek z gwarancją realizacji na 60%? Zaczynam przeliczać  szanse i wpadam w szał.

To samo dotyczy swoistego sposobu uzgadniania spotkań, które można przesuwać i odwoływać za pomocą prostych narzędzi. Dziś telefonia komórkowa i internet daje takie możliwości i korzystamy z tego coraz częściej.

Umawiamy się i za chwilę odwołujemy ,przekładamy ,informujemy o spóźnieniu, korygujemy smsem kiedy nadchodzi godzina spotkania pisząc ,że się spóźnię 15 minut ,ale będę na 90% bo „rozumiesz korki….”

Z rozrzewnieniem przypominam sobie czasy, kiedy komunikacja była prawdziwym utrudnieniem i nie myślę tu nawet o czasach „rozmów kontrolowanych” przez aparat państwowy, ale po prostu o braku jako takiej technologii w dziedzinie łączności (brak internetu i telefonów). Jakoś sobie radziliśmy.

 Za przykład niech posłuży historia moich znajomych sprzed ponad 20 lat .Zawarli swego czasu porozumienie ,że spotkają się konkretnego dnia o konkretnej godzinie pod wieżą Eifla w Paryżu. Zaznaczę, że nikt nie miał samochodu, połowa nie miała nawet zegarka, nie było telefonów komórkowych a cały „deal” zawarto na miesiąc przed planowaną podróżą po Europie, po czym każdy pojechał sobie własną drogą w świat. W trakcie podróży nie mieli kontaktu, bo i jak? Pocztówki docierały najczęściej po wakacjach….

Pod Eifla odliczyli się wszyscy .Były lata 80te. Zarabialiśmy miesięcznie 20 dolarów i waluta była naszym największym wrogiem w podróżach ale wtedy dotarli wszyscy na czas.

Sam byłem uczestnikiem podobnego eksperymentu, kiedy umówiłem się ze znajomymi w drodze na wakacje na południu Włoch i Francji  ,uzgadniając wcześniej, że informację, gdzie na nich zaczekam, przykleję na słupie kończącym teren zabudowany w miejscowości Baden Baden nad jeziorem Bodeńskim nie wiedząc nawet czy takowy słup istnieje. Logika nakazywała ,że w uporządkowanych Niemczech, takowy słup istnieje. Oczywiście każdy z nas ruszał z innego miasta, inną trasą i w innym dniu. Informacja, którą zamieściliśmy na kartce papieru , określała dojazd do campingu oddalonego o jakieś 11 km ,na którym planowaliśmy czekać na nich jakieś 3-4 dni  z dokładną instrukcją po ilu metrach, w jaką drogę skręcają i gdzie stoi nasz namiot rozbity wśród 2000 innych .Trafili bez pudła. Każdy szczegół umowy był wykonany na 100%.Poważnie do tego wówczas podchodziliśmy.

Dziś demoluje nas Facebook ,telefonia komórkowa  i smsy ,które zmieniają nasz nastawienie do rzetelności tego rodzaju zobowiązań. Sam się do tych grzechów przyznaję z pokorą, bo bynajmniej nie oczekuję beatyfikacji w tym względzie.

Z jednej strony ta digitalizacja życia to całkiem wygodne paskudztwo i ułatwia życie, a z drugiej- psuje dobre nawyki. Stajemy się powoli wszyscy we wszystkim tacy na 50-60%.

Czas więc dobijać z refleksją do brzegu.

Skojarzyła mi się historia sprzed lat opisującą przebieg uroczystości w egzotycznym kraju z udziałem naszych polityków. Podczas wieczornego przyjęcia w imprezowym transie zaczęto zdejmować buty, bo lokalna kultura zabawy na to wskazywała.

Nasi także musieli zdjąć buty i obnażyli swoje stopy. U niektórych z dziur w skarpetach wyzierały gołe paluchy .

Konsternacja i blamaż.

 Dziś ten towarzyski dysonans  moglibyśmy nieco złagodzić twierdząc ,że skarpety nadal na 80% były sprawne, ponieważ kryły pozostałe cztery palce nóg.

 

Gdyby chodziło o dziurawe rękawiczki a nie skarpety to można by było całe niezręczne zajście zamienić na show Wandy Chotomskiej pt „Jacek i Agatka” czyli pacynki na palcu. Ale to jednak były dziurawe skarpetki i tego się nie cofnie. Howgh.

Obrazek„Jacek i Agatka”

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s