Dzień drewnianej łapy

Dzień drewnianej łapy
Każdy z nas chyba ma co jakiś czas taki dzień, który ja nazywam dniem drewnianej łapy.
Zaczyna się już rano, kiedy stawiając filiżankę z kawą, nie trafiamy w stół i mamy nieplanowane 5 minut wycierania podłogi i parzenia kawy od nowa. To dzień, w którym każdy rzut śmieciem do kosza oddalonego o niespełna metr, okazuje się niecelny, a co drugi telefon zostaje rozłączony przy próbie niezgrabnego odebrania.
To dzień, w którym co innego słyszymy niż mówią do nas inni i co innego mówimy niż myślimy, że mówimy.
To dzień, w którym, podczas gdy piszemy ważnego smsa, próbuje się dodzwonić do nas kilkanaście osób naraz, więc do jego ukończenia nigdy nie dochodzi, co powoduje, że jesteśmy przekonani, że napisaliśmy odpowiedź, ale nadal jest ona uwięziona w naszym telefonie. Ma to swoje konsekwencje później w zależności od ważności osoby, do której pisaliśmy. Nikt nie wierzy potem w dobre intencje.
Do dnia drewnianej łapy dołącza czasami dzień drewnianej półkuli. Wtedy utrudnieniem stają się niektóre podstawowe wydawałoby się funkcje kontrolowane przez mózg.
W taki dzień mylę się lub zapominam o pewnych rutynowych czynnościach zwykle niestanowiących problemu. Wygląda to mniej więcej tak: wstaję, potykając się o skrzynkę z aparatem fotograficznym, której zawartość oglądałem z rozrzewnieniem wieczorem, ale zapomniałem, gdzie ją postawiłem. Idę uruchomić ekspres do kawy, w którym w taki dzień zawsze zabraknie wody w trakcie parzenia, przez co zamiast macchiato mam super krótkie espresso. Jest tak mocne, że po pierwszym łyku odstawiam, ale nie trafiam w stół, za chwilę kaleczę się wchodząc w odłamki filiżanki bosą nogą, nie kontrolując ruchów z powodu nagłego bólu wywołanego oparzeniem rozlaną kawą… Wściekły idę pod prysznic. Wtedy dochodzi do mnie, że nie umiem zaczynać dnia bez kawy. Staram się opanować sytuację. Z niedosuszoną głową wracam do kuchni, napełniam wodę, dosypuję ziarna kawy, sprawdzam mleko i zbiornik na fusy. Wszystko OK. Kiedy jest kawa, ruszam z nią do łazienki zapominając o tym, że już tam byłem. Przypomina mi o tym mokry ręcznik po wyjściu spod prysznica…
Na dodatek mokra podłoga, którą sam zachlapałem, ale w pierwszym momencie podejrzewam o spisek psa i kota – niezłą bandę czyhającą na moje potknięcia…W trakcie dzwoni 3 razy telefon z ofertą telefonii komórkowej albo banku, więc za czwartym razem od razu wyżywam się na nic nie winnej osobie, która się do mnie dodzwania, tym razem w innej i raczej ważnej dla mnie sprawie.
W tym czasie chowają się ze strachu przede mną wszystkie ulubione koszule, buty wyplątują w pośpiechu sznurówki, a marynarka robi sobie plamę na klapie. Cały świat, moja drewniana łapa, zdrewniała półkula, pies i kot są w zmowie.
Wyjeżdżając nerwowo z bramy zgniatam jednym kołem obejmę mechanizmu blokującego skrzydło, co spowoduje, że kolejne 3 miesiące brama nie będzie się domykać… zawsze będę o tym sobie przypominał w momencie wyjazdu, śpiesząc do pracy i zapominając po godzinie.
Kiedy w drodze do biura wchodzę do banku po gotówkę, bo kartę do bankomatu zgubiłem w innym dniu drewnianej półkuli, to właśnie trafiam na giga kolejkę emerytów zwabionych reklamą „super ratki” i urokiem osobistym Szymona Majewskiego. W tej sytuacji nie ośmielam się korzystać z przywileju klienta „Platinium” i podchodzić bez kolejki z szacunku dla starszych i obawie przed linczem tłumu. Zresztą, co tam…To szczególny bank i nie trzeba specjalnego dnia, aby zastać ich codziennie w tym banku. Wielu z nich przychodzi tutaj głównie na darmową psychoterapię opowiadając kasjerce o wszystkich żyjących członkach rodziny, a głównie o wnuczku, zakupach na ryneczku albo pytając o 15 opcji złożenia lokaty mieszając to jednocześnie z opowieściami z bogatego dorobku swego życia. Włączam buddyjski spokój, wchodzę w stan hibernacji i na ponad 40 minut zamieniam się w jedną wielką medytację, która powstrzymuje wewnętrzny głos jak u Smigola „nie zabijaj”.
Wreszcie moja kolej. Przy okienku okazuje się, że drewniana łapa zapomniała, którą wersję podpisu zademonstrowała parę lat temu w tym banku, więc niezgodność z kartą wzoru podpisów powoduje chwilową konsternację kasjera.
Potem jak zwykle w tym dniu psuje się liczarka do pieniędzy, co przedłuża czas o kolejne minuty. Z ponad godzinnym opóźnieniem docieram do biura, gdzie czeka na mnie paru rozmówców i osób ze mną umówionych na spotkania. Wychodzi na to, że powinienem rozmawiać z każdym jednocześnie, co przywołuje mi szachowe partie symultaniczne Garri Kasparowa na kilkunastu zawodników jednocześnie.
Nieoceniona Pani Iwonka proponuje kawę lub herbatę. Staram się już nic nie pić w obawie o własne życie i zdrowie rozmówcy. A przecież to początek dnia. I jak tu żyć Panie premierze?
P.S.
Na szczęście zwykle następnego dnia wszystko wraca do normy i przez kilka dni zapominam o tym szczególnym dniu… chyba, że nazajutrz nadchodzi dzień drewnianej nogi, o czym kiedyś napiszę.

.

Obrazek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s